Get Adobe Flash player

Inni o nas


Skąd się wzięła „Misja Dworcowa”?

W drugiej połowie XIX w. do Wrocławia w poszukiwaniu pracy przyjeżdżało dużo młodych kobiet. Często, nie mogąc znaleźć zajęcia, były werbowane do domów publicznych. Kiedy problem zaczął się nasilać jeden z komisarzy policji poprosił o pomoc władze kościelne. Ks. Jan Schneider, który wówczas był wikariuszem we Wrocławiu, stworzył szkołę gospodarczą, gdzie dziewczęta uczyły się, jak prowadzić dom i zajmować się dziećmi. Później podejmowały pracę jako pomoce domowe. Ks. Jan Schneider poszukiwał zgromadzenia, które na stałe zajęłoby się dziewczętami. Kiedy jego poszukiwania nie przyniosły efektu, założył w 1854 r. Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej.

Siostry, od samego początku swej działalności, niosły pomoc młodzieży zagrożonej moralnie, a w szczególności dziewczętom. Podczas wojny siostry musiały zaprzestać swej działalności wśród młodzieży. Dopiero po wielu latach Zgromadzenie wznowiło swoją działalność. W 2003 r. z inicjatywy Sióstr utworzono Stowarzyszenie „Misja Dworcowa” im. ks. Jana Schneidera.


 Misja ku lepszemu życiu // godnemu życiu

 

Do pokoju wchodzi s. Edyta. Niesie na rękach prawie rocznego Krzysia, ślicznego blondynka o niebieskich oczach. Prawdopodobnie nigdy by się nie urodził, gdyby jego matka nie trafiła do sióstr.

 

Jestem we wrocławskim Ośrodku pomocy dla dziewcząt, prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej. W tym domu wsparcia i pomocy nie odmówi się żadnej młodej kobiecie, która znalazła się w sytuacji kryzysowej.

 

Misja Dworcowa

Celem Stowarzyszenia „Misja Dworcowa” jest udzielenie pomocy dzieciom i dorosłym zagrożonym przemocą lub znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej, a także przeciwdziałanie patologiom społecznym. Większość podopiecznych Sióstr pochodzi z rodzin, w których nierzadko nadużywano alkoholu. Dzieci z takich domów mają niskie poczucie własnej wartości oraz duże problemy z akceptacją przez otoczenie, dlatego często uciekają z domu, widząc w tym jedyne rozwiązanie problemu.

- Trafiają tu dziewczyny, które w domu nie zaznały miłości, ani ciepła. Naszym podopiecznym brakuje solidnego fundamentu – rodziny, z której można czerpać prawidłowe wzorce osobowe – opowiada s. Goretti ze Stowarzyszenia. – Dlatego współpracujemy z zaprzyjaźnionymi rodzinami, u których dziewczęta uczą się, jak ugotować obiad, posprzątać, czy zadbać o siebie.

W ośrodku przebywają ci, którzy chcą coś zmienić w swoim życiu. Siostry pomagają im stawiać kolejne kroki na drodze do samodzielności.

- Każde doświadczenie spotkania z drugim człowiekiem uczy – opowiada s. Edyta. – Ja staram się pokazać im, co jest dobre, a co złe. One nauczyły mnie wrażliwości na dobro, którego wcześniej nie zauważałam, ponieważ było dla mnie oczywistością – dodaje.

Pobyt w ośrodku, prowadzonym przez siostry, trwa przeważnie ponad rok. Dopiero po takim czasie młody człowiek może stanąć na nogi. Jeżeli znajdzie wsparcie w rodzinie, opuszcza dom wcześniej.

Z większością byłych podopiecznych siostry utrzymują kontakt i wiedzą, jak poradzili sobie w życiu. Czasami bywa tak, że ktoś wraca do wcześniejszego kieratu.

Każdego podopiecznego Siostry otaczają modlitwą. -Mamy nadzieję, że wreszcie przypomni sobie i będzie żył według wartości, jakie starały mu się wpoić – mówi s. Goretti.

 - Nie da się kogoś na siłę wyprostować. Jeśli gałązka jest krzywa, to nawet chwilowe związanie jej sznurkiem nie sprawi, że stanie się prosta – wyznaje s. Edyta. – Jeśli ktoś miał poplątane życie, a teraz jest mu, choć trochę lżej, to już sukces – dodaje.

 – Najbardziej cieszy mnie uratowanie ludzkiego istnienia mówi s. Goretti. – Kobiety, mogłyby zdecydować się na aborcję opłaconą przez np. ojca dziecka, czy nawet poronić. Staramy się dać im nadzieję, że poradzą sobie w życiu i nie zostawimy ich w potrzebie. Każde narodziny takiego dziecka są dla mnie cudem.

 

Zobaczyć swoją szansę

Zadaniem Sióstr jest dotarcie do młodego, zagubionego człowieka i udzielenie mu pomocy. W tym celu, specjalnie przeszkoleni wolontariusze i siostry zakonne pracują w dotkniętych moralną i fizyczną biedą, rejonach Wrocławia. Spotykają się z potrzebującymi i informują ich, gdzie i jaką pomoc mogą otrzymać. Siostry spotykają również osoby, które nie widzą dla siebie szansy na normalne życie. Wtedy starają się z nimi, chociaż porozmawiać.

- Czasami to wystarczy. Dla nich wiele znaczy to, że dostrzega się w nich człowieka – opowiada s. Goretti.

Oprócz prowadzenia Ośrodka dla dziewcząt, siostry pełnią dyżury na czatach internetowych. Nawiązują kontakt, a następnie spotykają się z młodym człowiekiem. Siostry pomagają również rodzicom i opiekunom, którzy nie radzą sobie z problemami dorastających dzieci. W ramach Stowarzyszenia „Misja Dworcowa” działa Punkt Konsultacyjno-Informacyjny, gdzie można uzyskać poradę od m. in. psychologa, pedagoga, czy psychoterapeuty Ogromną rolę odgrywa także sekcja modlitewna. Należą do niej starsze i chore osoby, które przez modlitwę i cierpienie wypraszają łaski dla ludzi znajdujących się w trudnej sytuacji.

Małgorzata Rusin




Zobaczyć Boga w ludziach ulicy
 


Właśnie dzwoni pan Józef. Siostra Edyta wita się z nim żartobliwie, a potem rozmawia jak z dobrym znajomym. To były alkoholik, którego siostry marianki ze Stowarzyszenia „Misja Dworcowa” poznały jakieś cztery lata temu na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Oddały mu wtedy swój czas, ale i konkretną pomoc w wyjściu z uzależnienia. Od tamtej chwili nie pije. Kilka miesięcy temu opuścił schronisko dla bezdomnych. Zamieszkał na swoim, znalazł pracę. Wdzięczne serce dawnego podopiecznego wciąż pamięta o dobroci marianek, dlatego w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, który prowadzą, jest nader częstym gościem. Przychodzi jak do swoich najbliższych. Jak dziadek pragnący spotkać się z małymi mieszkańcami tego nietypowego domu. Razem spędzić kilka chwil, porozmawiać, pożartować…


Siostry ze Zgromadzenia Maryi Niepokalanej na terenie Wrocławia od kilku już lat w ten właśnie sposób realizują swoje powołanie, udzielając bezpośredniej pomocy ludziom o pogmatwanych życiorysach, wplątanym w beznadziejne życiowe sytuacje, pogrążonym w nałogach, dla których ulice i dworce stały się domem na wiele miesięcy, a nawet na całe lata. Ludziom zepchniętym na margines społeczeństwa, których inni skazali na taki los, albo takim, którzy znaleźli się tam niejako „na własne życzenie”, lecz… dłużej nie chcą tam już być. Wtedy dopiero pomoc ma sens.

 

 

Powrót do przeszłości

 

Działalność, jaką prowadzą, nie jest czymś nowym dla Zgromadzenia. To bezpośrednia kontynuacja dzieła zainicjowanego w drugiej połowie XIX wieku we Wrocławiu przez ich założyciela, ks. Jana Schneidera, który dostrzegając coraz bardziej rozprzestrzeniające się wówczas w mieście zjawisko prostytucji, postanowił jakoś temu zaradzić. W tym celu powołał związek Maryjny, którego członkinie miały za zadanie pełnić tzw. misję dworcową, polegającą na stałych dyżurach na dworcu i w jego okolicach, aby spotkanym tam dziewczynom oferować naukę w założonym przy związku zakładzie dla służby żeńskiej. Po ukończeniu kursów przygotowawczych trafiały one do rodzin, aby podjąć tam pracę w charakterze służących. Z czasem w okolicach Dworca Głównego we Wrocławiu (przy ul. Dworcowej 27) otwarto placówkę, gdzie skierowane przez „misję dworcową” moralnie zagrożone dziewczęta przyjmowano pod opiekę sióstr. W samym tylko 1909 roku – jak informuje sprawozdanie roczne Katolickiej Misji Dworcowej – w domu sióstr umieszczono 927 osób i przez 1678 dni roztaczano nad nimi opiekę. Z tego 427 osób przyprowadzono w porze nocnej przez dyżurujących członków Misji Dworcowej.

Po wojnie władze komunistyczne zabroniły siostrom prowadzenia tego typu działalności. Ponownie do realizacji swego charyzmatu mogły powrócić dopiero w 1989 r. po dokonaniu się w naszym kraju przemian społeczno-politycznych. W 2004 r. założyły Stowarzyszenie „Misja Dworcowa”, a od września 2005 r. pracują w oficjalnie do tego celu przeznaczonej placówce po byłym przedszkolu, którą otrzymały w dzierżawę od gminy Wrocław.

I dziś także, podobnie jak to było przed laty, pełnią dyżury na dworcach i ich okolicach, aby służyć pomocą tym, którzy jej potrzebują. Pan Bóg musi bardzo kochać te wystające po dworcach dziewczyny, skoro posyła nas aż w takie miejsce – dzieli się refleksją na temat prowadzonej misji s. Goretti. Czasami trzeba wielu rozmów, aby ktoś, kto wsiąkł w patologię, zapragnął zmienić coś w swym życiu. Zapraszamy wtedy do swego ośrodka, pomagamy wyjść z kłopotów. Tym natomiast, którzy nie chcą niczego zmieniać, jedynie towarzyszymy, pytamy o bieżące potrzeby. To czasami wystarcza. Dla kogoś, kto ma niskie poczucie własnej wartości, wiele znaczy, gdy ktoś po prostu dostrzeże w nim człowieka.

 

Szansa wyjścia na prostą

 

W poszukiwaniu osób potrzebujących pomocy siostry i współpracujący z nimi wolontariusze docierają także do tych rejonów miasta, gdzie spustoszenie moralne i bieda społeczna są szczególnie nasilone. Czasem takie osoby kierowane są do ośrodka prowadzonego przez siostry bezpośrednio z innych instytucji bądź przywożone przez ludzi, którzy w jakiś sposób zetknęli się z działalnością sióstr.

„Misja Dworcowa” prowadzi punkt konsultacyjno-informacyjny i Ośrodek Interwencji Kryzysowej, w którym pozostającym na ulicy dziewczętom siostry udzielają schronienia, tak długo, jak wymaga tego sytuacja poszczególnych osób. Jednorazowo może zamieszkać tam dziesięć potrzebujących kobiet lub dziewcząt, z którymi pracują na stałe siostry Goretti i Edyta. Aktualnie w ośrodku przebywa kilkoro dzieci i dziewczyn w ciąży bądź z małymi dziećmi. Najmłodszy mieszkaniec ma w chwili obecnej dwa miesiące. Siostry bardzo się nim cieszą. Urodziła go dziewczyna, która przez całą ciążę źle się prowadziła, przez co przyplątywały się do niej stale jakieś choroby. Zakonnice bały się, że urodzi dziecko z poważnymi uszkodzeniami. Okazało się, że na świat przyszedł piękny, zdrowy chłopczyk. Dziewczyna po porodzie zmieniła się nie do poznania. Z wielką troskliwością zajmuje się małym, nauczyła się słuchać spokojnej muzyki, czyta mu nawet bajki. To dziecko to dla nas prawdziwy cud i dowód na Boże działanie – mówi z radością s. Goretti.

Podopieczni objęci są fachową pomocą także przez wyspecjalizowanych pedagogów, psychologów, socjoterapeutów. Od stycznia 2007 roku mogą uczestniczyć we współfinansowanym przez Europejski Fundusz Społeczny projekcie „Zobacz swoją szansę”. Obejmuje on kurs obsługi komputera, budowy stron internetowych, nauki podstaw języka angielskiego oraz zajęcia z autoprezentacji i podstaw prawnych. Program ten przynosi młodzieży wiele korzyści. Część z tych, którzy solidnie przyłożyli się do zajęć, już wystartowała w dorosłe życie. Znalazła pracę, stanęła na nogi.

Choć Ośrodek Interwencji Kryzysowej znajduje się w dzielnicy, w której znaczny odsetek jej przedstawicieli co rusz staje się „bohaterami” kronik policyjnych bądź bywalcami cel więziennych, siostry funkcjonują w niej bardzo dobrze. Nie zrażają się niczym i na co dzień, na miarę swych możliwości, starają się pomagać także młodzieży z okolicznych kamienic, która całymi dniami przesiaduje na ławkach, szukając rozrywki w piciu alkoholu i narkotyzowaniu się. Zakonnice wyodrębniły dla nich teren w pobliżu ośrodka i zachęciły do przystosowania go do gry w piłkę. Młodzi podchwycili pomysł. A potem, we współpracy z tatą jednej z sióstr, zaangażowali się w przygotowanie boiska. Mają teraz gdzie rozgrywać mecze siatkówki. Te włóczące się bez celu dzieci bardzo potrzebują zainteresowania. Otwierają się, kiedy okaże się im trochę serca – podsumowuje s. Goretti.

 

Chwile nawróceń i powrotów

 

Siostry cieszy niezmiernie, gdy udaje im się wyrwać tych poranionych i zagubionych młodych ludzi ze środowiska, w którym wzrastali. Gdy okazuje się, że po latach odejścia od Boga, wreszcie przełamują się i przystępują do spowiedzi. Momenty ich nawróceń to dla nas zawsze największa radość i namacalny owoc Bożej interwencji – mówi s. Goretti.

Stowarzyszenie współpracuje już od jakiegoś czasu ze wspólnotą Hallelujah, szczególnie zaś z pewnym młodym małżeństwem, które stara się dbać o wyrobienie duchowe młodzieży. Siostry zauważają, że ich obecność wiele znaczy dla młodych. Małżonkowie funkcjonując w świecie zewnętrznym, pokazują, że także osoby świeckie, a nie tylko konsekrowane, ukryte za klasztornym murem, mogą żyć w przyjaźni z Bogiem i układać swe życie w oparciu o Ewangelię. Pokazują – dodaje s. Edyta – że Chrystus może być obecny także w rodzinie i w małżeństwie.

Wielu, którzy opuścili już ośrodek, wraca wciąż do sióstr. Nie dlatego, że znów wpadli w tarapaty i potrzebują jakiejś specjalnej pomocy, choć i tak bywa, lecz głównie dlatego, że chcą podzielić się swymi radościami, przeżyciami, a czasem smutkami. Bo zdarza się, że dopada ich depresja i przygnębienie, przychodzą więc do sióstr, jak do swych rodzonych matek czy serdecznych przyjaciółek, żeby przytulić się i wyżalić. Czasem wypłakać na ramieniu. A potem usłyszeć słowa, które podniosą na duchu: „Dasz radę”, „Masz na to siły”.

Czasem odwiedzają je, bo chcą się po prostu spotkać i porozmawiać. Niektórzy mówią do nich „Mamo”. Serdeczny, ciepły kontakt, jaki siostry nawiązują ze swymi podopiecznymi, sprawia, że w sposób naturalny rodzą się między nimi trwałe, niekiedy wręcz przyjacielskie więzi, które trwają latami. Mieliśmy kiedyś studentkę – wspomina s. Edyta – która w chwili, gdy już opuszczała nasz ośrodek, powiedziała, że przeżywa to mocniej niż wyjazd z domu rodzinnego na studia.

Odwiedzających jest wielu: choćby Iza, która przez dziewięć miesięcy mieszkała na dworcu. Opuściła już jakiś czas temu ośrodek, a ostatnio dzwoniła, że właśnie wybiera się do sióstr w odwiedziny, bo stęskniła się za nimi. Albo Marta, która trafiła pod ich dach będąc w kilkumiesięcznej ciąży, bez środków do życia. W ośrodku urodziła córeczkę. Siostrom udało się dotrzeć do jej biologicznego ojca. Gdy się o wszystkim dowiedział, kupił nawet córce kawalerkę. W przyszłym roku zdaje maturę.

Jest też małżeństwo z okolic Wrocławia, któremu kilka miesięcy temu urodziło się poważnie chore dziecko. Wiele wskazuje, że nigdy nie będzie chodzić o własnych siłach. A oni mimo wszystko sprawują się świetnie w roli rodziców. Choroba dziecka jeszcze bardziej scementowała ich miłość – podkreśla s. Edyta.

Moje rozmówczynie mogłyby pewnie przedstawić jeszcze przynajmniej kilka takich historii. Kiedy tak ich słuchałam, zastanawiałam się, czy nie czują się czasem przygniecione tą ciągłą ludzką biedą. Czy nie mają chwilami tego wszystkiego dość? Skąd biorą siły, żeby innych wciąż wspierać? I z sercem przepełnionym miłością taplać się w moralnym błocie? Z codziennej adoracji i Eucharystii – odpowiada jednym tchem s. Goretti na tak sformułowane wreszcie pytania. A s. Edyta dodaje natychmiast: Inaczej nie dałybyśmy rady. Chrystus jest naszą siłą! Po chwili zadumy s. Goretti ciągnie podjętą wcześniej myśl: Żeby miłość Boża mogła docierać do tych ludzi, my same musimy się wciąż napełniać Jego łaskami. Czerpać z tego Źródła, które nigdy się nie wyczerpuje.

Czy nie dlatego z zaangażowaniem i sercem podchodzą do swojej posługi, że traktują ją jako nieustającą współpracę z samym Panem Bogiem? A siebie jako narzędzia w Jego rękach? Przez które On przekazuje swą siłę i miłość tym, którzy tego potrzebują? Wielkich i wspaniałych dzieł dokonuje Pan Bóg. Jak ważna jest jednak ścisła codzienna z Nim współpraca, przykład sióstr marianek ilustruje to nader przekonywająco.

Jeśli ktoś chciałby wesprzeć działalność sióstr marianek, może to uczynić wpłacając dowolną kwotę na konto:

42 1370 1301 0000 1701 4351 7200
Stowarzyszenie „Misja Dworcowa”
im. ks. Jana Schneidera
ul. Kardynała B. Kominka 3/5
50-329 Wrocław
                                                                                                                                                                             Bożena Rojek



 

Zapraszamy:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • Gadu-Gadu Live
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Poleć
  • RSS
  • Twitter
  • Ulubione
  • Wykop
  • Śledzik

CYTATY

Trzeba mieć serce z kamienia, żeby zamknąć drzwi przed biednymi, którzy są bez opieki i nie maja dachu nad głową, skazać na demoralizację… tych którzy nie mają żadnego utrzymania… — 
Sługa Boży ks. Jan Schneider

Czas